Wprowadzenie (
czyli trochę wyjaśnień)
Poniższy tekst powstał z myślą o osobach nie wspinających się.
Ogólne informacje o wspinaniu w Trójmieście adresowane do wspinaczy
i osób zaczynających się wspinać zawiera strona
praktyczne informacje.
Wspinanie?
Wspinanie? Brodaty człowiek hałaśliwie
bijący haki w dziewicze górskie ściany,
przewiązany konopną liną w pasie, z tyrolskim
kapeluszem na głowie i oczywiście w przydługich
ciemnozielonych getrach.
Lina naturalnie pęknie przy pierwszym poślizgnięciu to
przecież bardzo niebezpieczny sport, dla szaleńców
Cóż, nawet sto lat temu to niezupełnie tak wyglądało.
A dzisiejszy wspinacz to bardzo często młoda, wysoko ceniąca
własne życie osoba w wieku od 15 do 80 lat
ubrana wyjątkowo kolorowo,
która w prawdziwe góry nigdy nie zawitała.
Dzisiejsze liny nie urywają się, a odpadnięcia od ścian są nagminnie praktykowanym
sposobem schodzenia w dół. Dzisiejsze wspinanie to tak naprawdę
wiele różnych sposobów „wchodzenia do góry” można być mistrzem
w jednym nie mając zielonego pojęcia o pozostałych.
Himalaizm, alpinizm, taternictwo, wspinaczka letnia, wspinaczka zimowa,
wspinaczka sportowa, techniki sztucznych ułatwień, wielkie ściany,
góry, skałki, jaskinie, murki, sztuczne ściany i nawet wspinaczki na drzewa
Skromny rys historyczny
Na początku było chodzenie po górach. Najważniejsze było
osiągnięcie szczytu, a wspinanie się po pionowych ścianach
traktowano jedynie jako
środek do celu i decydowano się na nie tylko wtedy,
gdy już naprawdę nie było innego sposobu wejścia.
Ale z czasem to, co początkowo było tylko środkiem,
zaczęło stawać się celem samym w sobie.
A że dodatkowo w pewnym momencie nowych, niezdobytych jeszcze
szczytów zaczęło brakować, więc
chwały pierwszych zdobywców zaczęto poszukiwać na
coraz bardziej urwistych urwiskach. Po jakimś czasie tych także
zaczęło brakować mnożono więc różne „logiczne” trasy
i problemy na już wcześniej zdobytych zerwach.
Logicznym było na przykład przejście ewidentnych formacji
skalnych (np. największej rysy czy filara na ścianie) czy pokonanie
ściany w linii spadku wierzchołka.
Wówczas też w ramach treningu
przed wyjazdami w góry zaczęto odwiedzać
„niepoważne” małe skałki,
w których bez żadnego ryzyka można się było porywać
na drogi, których trudności uznawano wówczas za granicę ludzkich możliwości.
Wkrótce nadszedł też moment, gdy skałki z miejsca treningu
zaczęły stawać się pełnoprawnymi rejonami wspinaczkowymi.
Ze względu na bezpieczny (niezależny w sporym stopniu od pogody
i wolny od tzw. czynników obiektywnych, jak np. lawiny) charakter
wspinania, także i w skałkach zaczęto poszukiwać coraz
to nowych i większych trudności.
Niedługo później na nowe, trudne drogi w skałkach zaczęło brakować
miejsca, a nowe trudności tworzono poprzez umawianie się,
z których chwytów i stopni na ścianie można,
a z których nie można
korzystać.
Taka zmiana podejścia do wspinania spowodowała, że pojęcie
„alpinizmu”, dotychczas umiarkowanie jednoznaczne (czytaj:
opisany wyżej brodaty człowiek), znacznie się rozszerzyło
i dzisiejszy obraz szeroko rozumianej działalności wspinaczkowej
wybiega daleko poza przyjęty stereotyp.
Dla wspinaczy mieszkających z dala od naturalnych rejonów skalnych
(czyli np. dla mieszkańców Trójmiasta) celem eksploracji stały
się sztuczne budowle mosty, murki, różnorakie wieże.
Aby móc także trenować przy braku sprzyjającej pogody, wybudowano
sztuczne ściany w zabezpieczonych przed kaprysami aury pomieszczeniach.
Z czasem wyodrębniła się grupa osób, które na słońce wychodzą
z rzadka, zajęte treningiem w takich właśnie miejscach zwłaszcza,
że większość zawodów sportowych rozgrywana jest na sztucznych ścianach.
Mniej lub bardziej trudno
Oczywiście droga drodze nie równa i należało znaleźć
jakiś sposób oceny ich trudności. Najczęściej używana w Polsce
skala (tzw. krakowska) dzieli trudności na sześć stopni
(I, II, III, IV, V i VI). Ostatni z nich, słownie określany
jako „skrajnie trudno”, jest z definicji nieprzekraczalny
i oznacza najtrudniejsze problemy wspinaczkowe możliwe do pokonania przez
człowieka. Ale, że w ramach stopnia VI także istnieją drogi
łatwiejsze i trudniejsze (oj, tak!), więc zaproponowano podpodział
tego co „skrajne” i stąd wyceny VI+, VI.1, VI.2, VI.3
Najtrudniejsze drogi pokonywane w okresie międzywojennym ocenia się
mniej więcej na VI (bez żadnego dodatkowego numerka),
najtrudniejsze współczesne drogi w Polsce osiągają VI.8.
Coś tak trudnego jest dzisiaj w stanie
pokonać co najwyżej kilka osób w naszym kraju.
Nazwy
Powszechnie przyjął się zwyczaj, że twórca drogi wspinaczkowej
(autor pierwszego przejścia) w nagrodę otrzymuje prawo jej nazwania
i w zasadzie, niezależnie od tego jaka by była, zaproponowana
nazwa jest powszechnie uznawana. Bardzo często w ten sposób
uwieczniane są filmy (Syndrom Bibbita),
książki (Chatka Puchatka, Przebudzenie, Ściorg),
ważne dla kogoś osoby (Trawers przez Izę),
czy doznania podczas przejścia (Radosne Buły, Telegraph Road).
Nazwy mogą też stanowić swoisty element
dialogu (Skowyt Babci obok Chichotu Starca).
Mogą też nic nie wyrażać cóż, takie
jest prawo autora
W praktyce i tak prawie zawsze
łatwiej posługiwać się ogólnie znanymi nazwami niż
ze szczegółami opisywać umiejscowienie drogi i jej przebieg.
Murki?
Jakoś tak się złożyło,
że w okolicy Trójmiasta nie wypiętrzyły się
żadne skaliste góry. Z centrum Gdańska, Sopotu i Gdyni do najbliższego
większego kawałka prawdziwej skały jest co najmniej kilkaset metrów piasku,
żwiru i gliny w pionie lub kilkaset kilometrów w poziomie.
Pod koniec lat sześćdziesiątych zaczęto się wspinać po
starych wiaduktach rozebranej po wojnie linii kolejowej
biegnącej przez dzielnicę Gdańska o nazwie Brętowo.
Początkowo pokonywano tylko drogi „naturalne”,
wykorzystując do tego celu różnego rodzaju dziury i ubytki
w tych mocno już zaniedbanych budowlach.
W chwili, gdy istniejące pierwotnie drogi przestawały wystarczać,
kolejne spreparowano, używając młotka i dłuta. W ten
sposób powstały m. in. słynne murkowe trawersy,
umożliwiające długie, samotne treningi.
Wszystko to działo się w czasach, kiedy wybudowanie sztucznej
ściany wspinaczkowej było po prostu niemożliwe. Wspinacze w Trójmieście
trenowali na murkach od lutego do listopada, wspinając się (bez
rękawiczek warto spróbować!) nawet przy ujemnych temperaturach.
Od czasu powstania sztucznych ścian nowe drogi na murkach pojawiają
się bardzo rzadko, a nowe, wykute przez kogoś chwyty są zwykle
betonowane przez samych wspinaczy ponieważ przeważnie ułatwiają
którąś z istniejących już dróg. Poważniejszą plagą na Murkach stali się
za to na początku lat dziewięćdziesiątych młodzi ludzie zaopatrzeni
w farby w aerozolu, a nieco później amatorzy
złomu metalowego, skwapliwie kradnący nadwątlone barierki.
Nadeszła chyba pora, by zapytać się, o co chodzi
tak naprawdę we wspinaniu murkowym i co to ma wspólnego
ze wspomnianym na początku, zdobywającym górskie zerwy
brodatym taternikiem. Otóż tak jak i w Tatrach
wspinanie tutaj polega na przemieszczeniu swojego
ciała z punktu startu (najczęściej położonego
w pobliżu ziemi) do punktu końcowego (najczęściej
leżącego powyżej poprzedniego z reguły
jest to barierka lub krawędź mostu) przy pomocy chwytów
(np. pęknięć w skale czy dziur po cegłach) dostępnych na danej
ścianie. Tylko wspinacz i „skała”, żadnego sztucznego
wspomagania. Lina opuszczona z barierki lub przepinana
przez tzw. stałe punkty asekuracyjne służy tylko do zabezpieczenia
i zadziała dopiero w momencie, gdy z jakiejkolwiek przyczyny
(z reguły z powodu braku umiejętności) wspinacz straci bezpośredni
kontakt ze ścianą.
Być może takie podejście do uważanego zawsze za w pewien sposób
„szlachetny” sportu oznacza wypaczenie idei, które widzieli
przed sobą jego prekursorzy. Obcowanie z Naturą,
uszlachetniający charakter prawdziwych i dzikich gór.
Cóż, w tym miejscu można zapewnić wszystkich, że
każdy szanujący się most ma swoją Naturę florę i faunę,
a poszukujących szczególnych przeżyć
emocjonalnych w dzikich górach można przecież (to prawda, złośliwie)
odesłać w pogodny letni dzień na ścieżkę prowadzącą na Giewont
Kilka już teraz pokoleń trójmiejskich wspinaczy kocha murki
i zna na tych niepozornych mostkach dosłownie każdą dziurę. Wiedzą,
która ściana po deszczu może być sucha, a która będzie schła
przez całą wiosnę. Tak jak rok temu i tak jak dziesięć lat temu.
Wspinacze doskonale znają ścieżki na skróty przez działki
w dolinie Strzyży, wiedzą jak pachną wczesną wiosną wypalone zbocza
wąwozu między Przewieszkami a Elektrycznym i wiedzą też, że około
czterdziestu rozjechanych ropuch na piaszczystej dróżce między
Elektrycznym a Gdyńskim oznacza początek sezonu.
Poza tym wszystkim murki rzadko oznaczają rezygnację z innych rodzajów
wspinania.
Zaczynamy?
Może zabrzmieć to paradoksalnie, ale wspinanie jest
bardzo bezpiecznym sportem. Jednak nieprzestrzeganie
kilku podstawowych (i całkiem logicznych) zasad może
skończyć się wypadkiem. Tego jak wspinać się
dobrze każdy uczy się zwykle sam, podpatrując
innych, natomiast wspinania bezpiecznego
można nauczyć się od tzw. instruktorów wspinaczki
na specjalnym kursie. Po takim szkoleniu prócz szeregu pożytecznych
i niewątpliwie przydatnych w życiu umiejętności
(asekurowanie się, zjazdy, podchodzenie po linie, itp.),
otrzymuje się zaświadczenie niezbędne w przypadku chęci
legalnego kontynuowania kariery w Tatrach.
Czy można zacząć się wspinać w Trójmieście? oczywiście.
Na początek warto zajrzeć na murki. Niektóre z nich (Brętowo!)
są bardzo popularne i w wiosenne sobotnie popołudnie,
przy sprzyjającej pogodzie można tam spotkać wianuszek ubranych
w lekkie polary osób z plecaczkami.
Przy pewnej dozie szczęścia uda się może posłuchać
zabawnych (tylko dla niewtajemniczonych, pozostali traktują je
bardzo serio) rozmów na temat przechwytów, strzałów,
łojenia, klam i klamek, dziurek, krawądek, miseczek, buły,
odchudzania czy serii na drągu. Na pewno też znajdzie się chętny,
który udzieli kilku wskazówek potencjalnemu kursantowi (kursantce)
po oddzieleniu tradycyjnego czarowania i samochwalstwa
powinno coś jeszcze pozostać.
Można też zajrzeć do jakiegoś klubu zorientowanego na wspinanie
(są takowe w Trójmieście),
pooglądać slajdy, filmy lub posłuchać znanych osób
mówiących o etosie, dowiedzieć się, że
kiedyś to było wspinanie, umówić się
z instruktorem na szkolenie w skałach, tudzież dopytać się
o kurs tatrzański.
Trzeba też zastanowić się,
czy na pewno jest się zdecydowanym zaryzykować jeżeli
wpadnie się w „to” po uszy, nierzadko
zaczyna brakować czasu na jakąkolwiek inną aktywność,
rodzina i znajomi patrzą jak na wariatów
(lub co najmniej lekko przetrąconych
świrków w pewnym wieku już nie wypada
),
ulubioną czynnością staje się śrubowanie liczby
podciągnięć na framudze i drążku, szlifowanie „szpona”,
kucie „buły”, a w wolnych chwilach porównywanie trudności
przechwytów w granicie, wapieniu czy betonie.
Jeszcze coś dla zachęty? Starte opuszki i palce z dziesiątkami
drobnych ranek,
kontuzje ścięgien, nocne przymrozki w namiocie, tłok w pociągu
jadącym w góry, tantalowe męki na widok dużego kawałka
przepysznego tortu i dzika radość
oraz straszliwie bolące mięśnie przedramion po pierwszym
przejściu Trawersiku na moście Gdyńskim w Brętowie.
Dziwne, ale to naprawdę potrafi solidnie ucieszyć.
|