|
Dariusz Plichta
Zawody w Tarnowie
Nasze wyczyny w Tarnowie rozpoczęliśmy z Arturem
w piątek od poszukiwania klubu KS Tarnovia,
który mieścił się około trzech minut drogi od dworca PKP.
Nasza droga powiązana ze zwiedzaniem zaułków
trwała pół godziny.
W końcu odnaleźliśmy klub i po krótkiej rozmowie
z organizującym zawody Marcinem Bibro
ruszyliśmy do schroniska nabrać sił
i podreperować organizm chińską zupką.
W sobotę zawody.
W strefie ochronnej otrzymuję czarną (to przywilej juniorów)
koszulkę, torbę jedzenia i coś do picia.
Jest to jedna z milszych chwil w czasie zawodów,
jednak jedzenia dają zdecydowanie za mało.
W końcu wywieszają listy startowe.
Juniorów jest 16, ja startuję jako pierwszy na swojej drodze,
która prowadzi przez długi dach.
Jakoś nie potrafiłem wyobrazić sobie mojej wspinaczki w takim okapie,
więc spokojnie oglądałem tylko przewieszony filarek,
który do niego prowadził.
Omija mnie długie czekanie, startuję.
Filarek, mimo sporego przewieszenia okazał się łatwy,
więc zasuwam na górę, by zachować buły na okap.
Po pierwszej wpince stwierdzam, że okap się trzęsie.
Po chwili straszna prawda wyszła na jaw.
To ja miałem telegrafy i w chwilę później runąłem
w dół przywiązany do czeskiej liny.
Po eliminacjach jestem na ostatnim, szóstym miejscu w finale.
Tymczasem reszta gdańskiej ekipy rusza do boju
Eliz kończy drogę wraz ze wspaniałym pokazem determinacji
i opanowania godnym przyszłej mistrzyni.
Oczywiście Kuba jak na mistrza Polski Północnej przystało,
mknie po drodze eliminacyjnej jak po drabinie i bez problemu
kończy drogę, która mnie zrzuciła.
Kolej na Artura łoi na drugiej drodze
pokonując kolejne przechwyty na solidnym przewieszeniu
poprzecinanym okapikami.
Niestety, mimo, że wkosił prawie całą drogę,
nie załapał się do półfinału.
Po eliminacjach, wieczorem, następuje finał juniorów.
Znów jestem pierwszy na liście startowej i mimo tego,
że czasu było mało, dorwała mnie "kupka nerwówka"
o straszliwej częstotliwości.
Wychodzę pod ścianę i nagły atak tremy
spowodowany światłami, mikrofonami i kamerami powoduje,
że chcę z powrotem wrócić do strefy i siąść na kibelku,
ale nie mam już wyjścia, jestem przywiązany.
Rzucam się czym prędzej na panel,
aby jak najszybciej zakończyć swój występ.
Do pierwszej i drugiej wpinki spoko, potem okapik i problemy.
Wyjeżdżają mi nogi, wszyscy na chwilę zamierają
i słychać tylko powtarzający się krzyk Artura moc, moc!!!
Doping skutkuje, nagle czuję przypływ straszliwej mocy
i bez problemu siekam okapik, po czym wpadam w przewieszenie.
Wszyscy klaszczą, ja też jestem zadowolony,
bo nagle stało się znośnie
i pruję pod górę machinalnie robiąc wpinki.
Dopiero po dłuższym czasie do mojej świadomości dochodzą
uspokajające okrzyki Elizy.
Usłyszałem je w samą porę, bo po akrobatycznych strzałach
ze smutkiem stwierdzam, że palce i nogi zaczynają mnie zawodzić
i żyją własnym życiem.
Stwierdzam, że nie mam nic do stracenia
i strzelam do najlepszej klamy jaką zdołałem zobaczyć.
Udało się, ale wisząc nie mogę zobaczyć kolejnego chwytu,
gdyż jest on gdzieś za zasłaniającym
wszystko "pudłem",
czyli charakterystycznyą formacją tarnowskiego dachu.
Nagle, w jednej chwili ogarnął mnie straszny nawał myśli,
z którego tylko jedna była wyraźna: dalej! strzelaj!
Robię to na oślep i mam szczęście, trafiam!
Dokładam nogę do ręki i przez chwilę słucham ludzi na dole.
Są moi, cieszą się ze mną i ostro mnie dopingują.
Mimo wszystko czuję, że nadchodzi rychły koniec mojej walki
o tytuł.
Nie mam już ani trochę siły, ostatnim rzutem ciała strzelam,
nie tyle, żeby łoić dalej,
ale żeby osiągnąć chociaż trochę lepszy wynik.
Potem działa już tylko grawitacja i po chwili jestem na ziemi.
Lina, do której jestem przywiązany przechodzi
przez dziesięć ekspresów, do końca zostały cztery.
Jestem szczęśliwy z osiągniętego wyniku,
wiem, że mam szansę na podium.
Startują kolejni zawodnicy i mimo, że dochodzą wysoko,
okap stanowi dla nich przeszkodę nie do przebycia.
Już z pewnym trzecim miejscem oglądam start lokalnego
faworyta Łukasza Pulnika.
Przechodzi mnie o dwa przechwyty.
Ostatnim startującym jest Irek Galuba z Korony.
W ładnym stylu dochodzi do okapu i po krótkim odpoczynku
kontynuuje wspinaczkę, by odpaść z wynikiem o przechwyt gorszym
od mojego.
Kończąc, chcę podziękować wszystkim,
któzy pomogli mi w czasie zawodów i przygotowań do nich,
a szczególnie Arturowi Polańskiemu, Elizie i Kubie.
|