murki.pl
  Info | Mapa | Topo | Ogłoszenia | Archiwum | Zdjęcia | Forum | Zaloguj | Kontakt

[24 marca 2004, Jarosław Kapuściński & Krzysiek Walasek]

Piec nieznany

Arch Wall zimą, szybkie przejścia na Grenlandii, w Alpach i na Alasce, wymagające drogi w skałach… Mówi o sobie, że jest amatorem… Czyż trzeba dalej zachęcać?

Stanisław Piecuch — z akt przesłuchania

pseudonimPiec
rocznik1969
waga70 kg
wzrost170 cm
rozmiar buta wspinaczkowego44
preferowany model buta wspinaczkowego5.10, Anasazi Velcro albo Lace-Up
zawód wyuczonyElektromechanik samochodowy i elektromonter górnictwa podziemnego
stan cywilnyŻonaty
dzieciDwóch chłopców: Kuba i Emil
staż wspinaczkowyOd 1989 roku
najlepszy OSSupernowa VI.4+/5, Suchy Połeć
najlepsze RPSkrzydełko VI.5+/6, Popielarka;
Powitanie Wiosny VI.5+/6, Okiennik Wielki;
Nie Dla Paetza Ta Kieca VI.5+/6, Dziewica (Podlesice)
ulubiony styl wspinaniaW ogóle lubię się wspinać; lubię On Sight, ale Rot Punkt też;
nie mam jakiś wyraźnych preferencji np., że bardziej to czy tamto, buldery lub coś innego — po prostu lubię się wspinać.
Staszek wręcz atawistycznie kocha wspinanie; fot. archiwum Staszek Piecuch
ulubiona formacjaPrzewieszone filary i kanty.Filar Wiewiórek na Cima Ovest (VIII-/VIII, 500 m) w zespole Gołąb–Samborski; fot. archiwum Staszek Piecuch
kamienie milowe kariery wspinaczkowejPierwszy — jak przyjęli mnie na kurs :) i Arch Wall zimą na Ścianie Trolli.
szmaty (max)Absolutnie nie jestem w stanie podciągnąć się ani na lewej ani na prawej ręce.
dietaChipsy, Coca-Cola, czekolada; żywienie typowo amerykańskie – Mc Donald’s – stołuję się tam dosyć często i to nie za sprawą dzieci.
Nie mam czasu zjeść obiadu, a ponieważ potrzebuję czegoś szybko i na ciepło, to jadę do Maka, kupuję zestaw i już. To zajmuje najmniej czasu – podjeżdżam samochodem, biorę z okienka i wszystko.
nałogiSłodycze
ulubiony rejonFrankenjura; lubię też nasze skały — chyba nawet bardziej leżą mi podkrakowskie niż Jura Północna; bardzo lubię się wspinać u nas; lubię piachy, granit…Wspin w Hejszowinie; fot. archiwum Staszek Piecuch
autorytety wspinaczkowe Skałki: Mirek Wódka – za drogę, którą przebył – po prostu za całokształt, podejście do życia i wspinania. Kiedyś mieszkałem na Śląsku i razem pracowaliśmy; poznałem go bardziej jako człowieka niż jako wspinacza. Dla niego wspinanie to jest sposób na życie.
A jeśli chodzi o góry to Jacek „Koza” Kozaczkiewicz – zginął w wypadku samochodowym, jadąc w Tatry.
wspinanie w TatrachTak naprawdę to można się w nich wspinać tylko zimą, bo latem są małe, kruche i mokre… a zimą to wszystko, co jest wadą latem, staje się zaletą — jest odrobina trawek, fajne miksty, krótkie drogi, ale i długie, na których ocierasz się o Absolut. Do schronu można też wrócić w jeden dzień…
największa porażkaNie mam jakichś takich, które bym odbierał jako dramat.
największa satysfakcja Arch Wall — droga, którą pokonaliśmy, dysponując stosunkowo niewielkim doświadczeniem i słabym sprzętem. W zasadzie to przedarliśmy się przez nią dzięki hartowi ducha i zapałowi.
motywacja do wspinaniaWynika z głowy — czy sam potrafisz znaleźć motywację; czy osiągniesz sukces czy nie — to wszystko wynika z chęci.
zainteresowania pozawspinaczkoweInteresuje mnie w zasadzie wszystko: i motoryzacja, i dobra książka od czasu do czasu… no i masa innych rzeczy.„Gdybym się nie wspinał, to chyba zostałbym wędkarzem”; fot. archiwum Staszek Piecuch

Murki.pl: Jak trafiłeś do wspinania?
Staszek Piecuch: Widziałem ludzi wspinających się w Tarach i spodobało mi się to. Wcześniej turystycznie chodziłem po górach i stwierdziłem, że jest to ciąg dalszy, logiczna kontynuacja turystyki kwalifikowanej. Zadzwoniłem na informację 913 i zapytałem o numer klubu wysokogórskiego — ktoś mi poradził, żeby w ten sposób zacząć. Zadzwoniłem do klubu, zapytałem, jakie są warunki przyjęcia. Powiedzieli, że wtedy i wtedy należy przyjść, zapytać się o kurs. Przyszedłem, zapytałem i trafiłem w ten sposób do klubu.
 
Opowiem może anegdotę: ja zaczynałem się wspinać w czasach niedoborów, gdy brakowało wszystkiego: wódki, kiełbasy…

Kartka na mięso tzw. „robotnicza”  (dla osoby pracującej fizycznie); źródło: www.polskaludowa.com Kartka na benzynę; źródło: www.polskaludowa.com Bon na słodycze; źródło: www.polskaludowa.com

Kurs wspinaczkowy też w jakiś sposób był reglamentowany. Do KW Katowice zgłosiło się iluś tam chętnych, natomiast miejsc było mniej… Była wstępna eliminacja ludzi. Najpierw test sprawnościowy, którego nie przeszedłem. Zostałem w zasadzie wyeliminowany jako zawodnik nie nadający się na wspinacza. Ale miałem bardzo dużo chęci i zapału, no i chciałem się wspinać.
 
Kobieta, która między innymi organizowała ten kurs, powiedziała mi, abym przychodził na zajęcia, bo być może ktoś się wykruszy i zostanę. Przychodziłem więc na te zajęcia… Na jedno z pierwszych spotkań przyszedł facet, który pokazał nam techniki autoasekuracji, co było absurdem. To już jest przecież wyższa szkoła jazdy…
 
Wcześniej nigdy nie widziałem skałek; tylko wspinaczy w Tatrach. Umówiłem się z ludźmi, którzy byli już kilka razy w skałach. Nie wiedziałem też, że koło Zawiercia są skałki. Pojechaliśmy do Podzamcza, była już późna jesień i oni więcej nie chcieli już ze mną jeździć, bo było zimno. Drugi raz pojechałem sam.
 
Kupiłem sobie w międzyczasie kawałek sznura w sklepie ze sprzętem. Nie była to nawet jakaś lina alpinistyczna, tylko żeglarska. Uciąłem z niej kawałek i zrobiłem prusa — przy pomocy tego sam się wspinałem. Spotkałem dwóch kolesi, którzy jak zobaczyli, co ja robię, to trochę zdębieli. Zacząłem z nimi jeździć w skałki. Jeździłem całą zimę, bo nie była sroga.
 
I okazało się, że na wiosnę w miarę już się wspinałem. Był po raz drugi organizowany test sprawnościowy i zdałem go na trzy minus (śmiech). A w skałkach robiłem już drogi do VI+, atakowałem je nawet z dołem. Przez tych kolesi, z którymi się wspinałem, trafiłem na kurs do Wacha. Załatwili mi protekcję, że tam może nie jestem sprawny według testu, ale wspinać się wspinam i to w miarę.
 
W zasadzie to zostałem jedyną osobą z tego kursu. Jeszcze tylko taka dziewczyna trochę się wspina. A reszta przepadła w pomroce dziejów.

M: Czy każdy jest w stanie zacząć przygodę ze wspinaniem mimo napotykanych barier?
S. P.: Nie należy się załamywać. Jeżeli ktoś chce się wspinać, to się będzie wspinał i nikt mu tego nie zabroni, nie można tego zakazać. Jeżeli ktoś się będzie chciał wspinać, to się będzie wspinał w miarę dobrze. Trzeba przede wszystkim chcieć.
 
Potem trafiłem na kurs, ale w międzyczasie złamałem obojczyk. Miałem wypadek na motorze i kurs robiłem z gorsetem gipsowym. Miałem problem, aby dostać się na Betlejemkę, bo wymagali zaświadczenia o stanie zdrowia. Podrobiłem to zaświadczenie, bo miałem dopiero co zdjęty gorset po złamanym obojczyku i poszedłem na kurs tatrzański.
 
Zrobiłem go, przyjechałem jesienią i porobiłem jakieś tam drogi w Tatrach, a w następnym sezonie udało nam się powtórzyć Hematytówkę. To było pierwsze przejście od kilku lat.

M: Jak wygląda Twój trening?
S. P.: Chodzę na ściankę – w miarę wolnego czasu i możliwości. Różnie: czasem jestem dwa razy w tygodniu, czasem raz na dwa tygodnie albo raz na miesiąc. Wszystko zależy od tego, kiedy mam czas.

M: Trenujesz może na drągu?
S. P.: Nie, w ogóle nie lubię trenować na drążku. Jak mam czas i siłę, to wolę iść na ściankę powspinać się, ale z reguły nie mam siły, bo jestem zmęczony po pracy.

M: Z kim trenujesz?
S. P.: Mamy małą ściankę do bulderowania, więc nie potrzebuję partnera. Albo ktoś jest, albo nikogo nie ma… Trudno mi się z kimkolwiek umawiać, ponieważ ja mam nielimitowany czas pracy.

M: Czy po latach aktywnego wspinania nie dręczą cię kontuzje?
S. P.: Nie mam z tym jakichś problemów. Kiedyś, jako początkujący zawodnik, miałem problemy, dlatego że usiłowałem za wszelką cenę dużo trenować, robić jak najtrudniejsze ruchy, buldery i tak dalej.
 
W tej chwili mój trening wygląda generalnie tak, że chodzę po dużych, obłych chwytach — do zmęczenia. Jak zacząłem trenować po oblakach i nauczyłem się tego, zaczęło mi to sprawiać przyjemność.
 
Nie chcę nawet trenować po takich małych krawądkach czy dziureczkach, dlatego że bolą mnie palce i nie mogę się zmęczyć… Prawdziwe zmęczenie i przyjemność z treningu dają mi właśnie duże, obłe chwyty w przewieszeniu.
 
A po małych chwytach wspinam się w skałkach, kiedy trzeba, no bo po prostu są małe chwyty.

M: Jak godzisz wspinanie z koniecznością zarabiania na życie?
S. P.: Jakoś godzę. Jakoś… Czasem lepiej, czasem gorzej… Tak trzeba…

Staszek zarabia na chleb; fot. archiwum Staszek Piecuch

M: Jak zaczęła się przygoda z wielkimi ścianami?
S. P.: Gdy zrobiłem kurs i zacząłem wspinać się w skałkach, poznałem Janusza Gołębia. To był też początkujący wspinacz, ale już miał za sobą zimę w Tatrach. Z nim pierwszy raz pojechałem w Tatry zimą i spodobało mi się zimowe wspinanie. Nie mieliśmy sprzętu i wspinaliśmy się w taki, rzekłbym, dziadowski sposób, tzn. łapaliśmy wszystko, co się nadawało do wspinania. Generalnie mieliśmy jakąś tam zbieraninę tego sprzętu, trochę pożyczonego, trochę gdzieś tam kupionego. Wszystko z drugiej ręki.
 
Wyglądało to w ten sposób, że jak robiliśmy Żleb Drege’a, to Janusz odmroził sobie masywnie palce, bo założył raki automaty na stare Himalaje. Tak mu ścisnęło palce, że je sobie odmroził. Z czasem tego sprzętu było więcej, zdobywaliśmy jakieś tam doświadczenia i — wspinaliśmy się.
 
Idolem na tamte czasy był Wojtek Kurtyka i jego droga na Trango — to był taki Absolut. Uważaliśmy, że udeptywanie śniegu i wchodzenie na śnieżne góry jest dla dziadów. Natomiast prawdziwe wspinanie i prawdziwy wspinacz to był dla nas Kurtyka. No i idąc tym tropem, staraliśmy się rozwijać.

Bear's Tooth i jego 1400 m ściana wschodnia, Alaska; fot. archiwum Staszek Piecuch Kedar Dome (6831 m), 1300 m wschodnia ściana, Himalaje; fot. archiwum Staszek Piecuch Biwak w ścianie na Bear's Tooth; fot. archiwum Staszek Piecuch

M: Czy możesz dać kilka wskazówek, jak zacząć przygodę z dużymi ścianami?
S. P.: Trzeba znaleźć sobie partnera i próbować w Tatrach atakować zimą jakieś długie drogi. Latem Tatry nie są poważnymi górami.
 
Natomiast zimą można naprawdę przećwiczyć wszystko — od krótkich wspinaczek mikstowych po naprawdę poważne drogi.

Na szczycie Kazalnicy Mięguszowieckiej po przejściu Momy; fot. archiwum Staszek Piecuch Pogromcy Kedara — od lewej: Janusz Gołąb, Jacek Fluder i Staszek Piecuch; fot. archiwum Staszek Piecuch Zespół z Kedar Dome odbiera nagrodę „Kolosa '99” za nową, 1400–metrową drogę w Himalajach Garhwalu (18 marca 1999; kopalnia soli w Wieliczce); fot. archiwum Staszek Piecuch

M: Skąd bierzesz fundusze na dalekie wyjazdy?
S. P.: Częściowo to są środki z PZA. Zgłasza się wyjazd i komisja dzieli środki. W tej chwili każdy zgłoszony projekt, który ma jakieś szanse na realizację, dostaje środki w mniejszym lub większym stopniu. Jeżeli zawodnicy mają cokolwiek zrobionego w Tatrach, to dostają pieniądze na wyjazd. Dobrze jest też mieć coś w Alpach…
 
Kiedyś było gorzej. Był trend: „lepiej dać wszystkie pieniądze na wyprawę himalajską i ośmiotysięcznik niż się rozdrabniać na inne cele”. W tej chwili jest inaczej. Wynika to z tego, że zmienił się zarząd i opcje. Nie twierdzę, że to jest złe, rzekłbym, że jest to nawet dobre, bo pomaga się wybić większej liczbie ludzi.
 
Część pieniędzy pozyskiwana jest od sponsorów. To najczęściej są prywatne dojścia, kanały… Poza tym — nie są to drogie wyjazdy.

Wylot na lodowiec Buckskin; fot. archiwum Staszek Piecuch Janusz Gołąb i Jacek Fluder załatwiają „treking” na Kedar — biuro agencji w Indiach; fot. archiwum Staszek Piecuch Staszek za sterami AN–24 w drodze na Ak–Su (5217 m) w Pamiro-Ałtaju; fot. archiwum Staszek Piecuch

M: Czy masz problemy z psychą? Duża ściana, wysoko, zła pogoda, często przez wiele dni, daleko od ludzi… Jak znosisz takie obciążenie?
S. P.: Każdy się boi, ale nie mam jakichś dużych problemów. Strach na pewno jest i dopinguje do działania… Kiedyś bardziej to przeżywałem — miałem problemy żołądkowe… W tej chwili strach jest, ale bez przesady.

Świętowanie zwycięstwa w bazie pod Kedar Dome; fot. archiwum Staszek Piecuch Staszek i nasi etatowi wielkościanowcy na szczycie Cima Grande po zrobionej Superdirecie (od lewej: Piecuch, Lipka, Fijał i Skorek); fot. archiwum Staszek Piecuch

M: A jak znalazłeś się w Szczecinie?
S. P.: Za żoną przyjechałem… (śmiech)

M: To Twoja dawna kursantka. Czy taka dziewczyna, która rozumie wspinanie, nie ma nic przeciwko Twoim wyprawom?
S. P.: Akceptuje moje wyjazdy. Wie, że gdybym przestał łoić, byłbym w jakimś stopniu nieszczęśliwy. Stara się to zaakceptować i w miarę możliwości ułatwić mi wspinanie.

M: Czy wspinasz się z żoną?
S. P.: Agnieszka mało się wspina, bo to wymaga treningu, a jej nie za bardzo chce się trenować.

M: Podobno małżonka bardzo dba o Ciebie na wyjazdach w skały? Chłopcy ze Szczecina mówili, że zawsze jest specjalna kuchnia, obrusik…
S. P.: Obrusik to taaak… Zawsze jesteśmy z dziećmi i trzeba dla nich gotować „po ludzku”. Ja tylko na tym korzystam.
 
Po prostu lepiej lub gorzej wypada się na tle innych. A jak chłopaki jedzą mielonkę i puree, to trudno już wypaść gorzej… (śmiech)

M: Masz jeszcze jakieś marzenia, czy też z wiekiem z nich wyrosłeś?
S. P.: Chciałbym się powspinać w skałach Europy Zachodniej – w różnych rejonach. Jest wiele miejsc które chciałbym odwiedzić, wrócić tam, gdzie już byłem…
 
Kolejny wyjazd mógłby mi pomóc zrealizować jakiś tam cel… Tylko wymaga to środków finansowych. Ja staram się być realistą i jeżeli jest możliwość, to jeszcze sobie gdzieś tam pojadę, nie raz.
 
Chciałbym jeszcze kiedyś powspinać się na Grenlandii, na Aksu i przedgórzu Pamiru w Rosji… Może do Patagonii jeszcze raz… Jest jeszcze parę celów, które chętnie bym zrealizował. Może na Alaskę, jeszcze raz do tej samej doliny… (rejon lodowca Buckskin — przyp. red.)

M: Jak z Twojej perspektywy zmieniło się wspinanie w latach, kiedy jesteś aktywny?
S. P.: Zaistniał buldering. Kiedyś, jak się zaczynałem wspinać, to praktycznie w Polsce nie istniał. Po prostu nie było czegoś takiego. Wspinaczka skałkowa już zdążyła urosnąć do rangi samodzielnej dyscypliny, ale buldery były traktowane prawie wyłącznie jako trening pod skałki. W tej chwili jest to samodzielna dyscyplina. Wtedy to dopiero zaczynało BYĆ.
 
Pojawił się też dry tooling, kiedyś coś takiego nie istaniało. To jest kwestia ostatnich dwóch lat….

M: Ooo… Muskat by się tutaj bardzo obruszył; on mówi, że już w roku 1982…
S. P.: Tak, tylko mi chodzi o to, że w Polsce coś takiego jak dry tooling nie istniało. To było traktowane jako dziwactwo Muskata i jakichś tam zakopiańczyków.
 
W tej chwili zaczyna być samodzielną dyscypliną. Ja sam go odbieram bardziej jako zimową wspinaczkę skałkową, niż jako sposób pokonywania naprawdę trudnych dróg w dużych ścianach. Chociaż są już drogi atakowanie i pokonywane w ten sposób, np. No Siesta (Robert Jasper i Markus Stofer, północna ściana Grandes Jorasses, VI+ M8 E5 OS, all-free, 1100 m, 17-19 III 2003 — przyp. red.).
 
Mamy też dwa skrajne modele wspinania; kiedyś zastanawiałem się, który z nich jest mi bliższy… Pierwszy to taki francusko-niemiecki, gdzie Glowacz i Jasper są sztandarowymi postaciami. Media, reklama, rozdmuchiwanie wszystkiego, przemilczanie pewnych rzeczy typu śmigłowce… Pewne rzeczy się przemilcza, pewne wydobywa na światło dzienne, usiłując nadać im rozgłos medialny – takie wspinaczkowe public relations.
 
A drugi model różni się diametralnie. Nazwijmy go angielskim, bo bardzo wielu Angoli się w ten sposób wspina. To są dobrzy zawodnicy, wspinający się na światowym poziomie, którzy są w ogóle nieznani i wszystko pierdolą, za przeproszeniem – wspinają się, robią wiele rzeczy… Spotykasz takich ludzi w górach i mówisz: skąd wy jesteście, zrobiliście tyle, a nigdy o was nie słyszałem, nigdzie o was nie czytałem. Odpowiadają, że nie są rozgłosem zainteresowani.
 
Dla mnie takim flagowym przedstawicielem tego gatunku byłby Don Willans. To jest człowiek już trochę przebrzmiałej epoki, ale może się on podobać – pewnym oczywiście ludziom, bo to jest dinozaur wspinania, a jego postawa odchodzi już do przeszłości. Ona nie gwarantuje ani kasy ani wielkiej sławy…
 
To u nas, a z Amerykanami jest jeszcze inaczej. Niektórzy mają podobny do francuskiego styl – ten wszechobecny marketing… Ale już na przykład taki facet jak Jeff Lowe… Wydawałoby się, że powinno zależeć mu na marketingu i tak dalej. On zrobił taką drogę Metanoia na Eigerze, A4 czy A5 (północna ściana, 1991 rok; przyp. red.).
 
Chodziło mi i kolegom o wydobycie od niego schematu, a okazało się, że jest w ogóle problem z kontaktem z nim. On nie odpowiada na maile, nie chce się w ogóle kontaktować z ludźmi – po prostu odcina się od tego.
 
W Stanach funkcjonują równolegle dwa modele: są ludzie stylu francuskiego: rozgłos, media, marketing, sprzedaż, public relations; i są ludzie, którzy uciekają od tego, chronią się…

M: Masz unikalny styl wspinania — trzęsie Cię strasznie, ale nie spadasz. Tak Ci po prostu wychodzi czy to „założenie taktyczne’’?
S. P.: Tak wychodzi…

Staszek prowadzi jeden z wyciągów Direttissimy szwajcarsko–włoskiej; Cima Ovest, Dolomity; fot. archiwum Staszek Piecuch


Przypomina mi się taka historyjka: jak zaczynałem się wspinać, to kolesie z Krakowa komentowali styl wspinania Czechów: że tutaj Kraków, buła… u nas ludzie to się wspinają tak, że idą, idą i spadają. A Czesi — zaczynają się wspinać i od pierwszego ruchu ich trzepie. Wygląda na to, że koleś nie ma prawa wykonać następnego ruchu. A on idzie, trzęsie się i kończy drogę.
 
To było coś, czego Krakusi nie byli w stanie pojąć. W Krakowie ktoś, kto nie robił szmaty, nie istniał. Natomiast u Czechów wielu gości nie robi szmaty, a robią trudne drogi i jakoś tam istnieją.
 
To wynika z tego, że ludzie, by mieć moc do wspinania, nie muszą dawać ze szmaty, bo nie jest to do niczego potrzebne. Szmata to konkurencja sama w sobie.

M: Jak widzisz przyszłość wspinania w Polsce? Gonimy świat, coraz bardziej odstajemy czy też jesteśmy cały czas w czołówce?
S. P.: W Polsce jest to sport w zasadzie amatorski. Nie ma — może poza Oleksym — zawodników, którzy by uprawiali to zawodowo. Kiedyś ludzie, którzy się tym zajmowali pracowali na wysokościach. To dawało im takie pieniądze, że mogli się wspinać w zasadzie cały czas. Przez miesiąc zarabiało się na rok życia.
 
A w tej chwili ludzie pracują i zajmują się wspinaniem jako hobby, a  ja nie uważam by to było coś złego. Według mnie, zawodowstwo zabija sport amatorski. Pojawia się przymus, a kończy się przyjemność.

M: Buldery to bez wątpienia sport; wsinaczka w skałach też. A jak to jest z górami? To też tylko sport czy też coś więcej?
S. P.: To wszystko jest tylko sportem, ale zarazem i czymś więcej. Ale im góry wyższe i poważniejsze, to tym trudniej sprowadzić to do wyścigu. Nie ma wspólnych kryteriów oceny. Nawet w Tatrach na ścianie blisko schroniska jednego dnia są fatalne warunki, a następnego mogą być idealne. Jeden zespół powtarza drogę w warunkach optymalnych, a na drugi dzień mamy minus 15 i już jest inna zabawa…
 
Trudno mówić tu o sporcie, bo warunki nie są porównywalne… Nie da się tego zmierzyć, porównać… Jest tak, że wiadomo co kto potrafi, bo liczy się cały dorobek.

Droga przez Rybę VIII+/IX- w zespole Gołąb–Samborski, Marmolada; fot. archiwum Staszek Piecuch Piknik na Rybie — sportowej wizytówce Marmolady; fot. archiwum Staszek Piecuch

M: Chciałem jeszcze zapytać o etykę: co sądzisz o kuciu, spitowaniu, ogranicznikach?
S. P.: Kucie — nie!
 
Spitowanie — tak jak naszkicowano to w Taterniku: w ostateczności, przy robieniu nowych dróg od dołu… Raczej nie dobija się spitów na istniejących drogach, a już na pewno bez zgody autora.
 
Moralne drogi mają to do siebie, że mają jakąś tam wartość. Dobicie spita jest często równoznaczne z zepsuciem tej drogi. Miałem kolegę, który mówił: „nie mogłeś zrobić, dokułeś dziurkę — już robisz; nie mogłeś zrobić, dobiłeś spita — już robisz.”
 
Jeżeli są drogi poważne, to nie należy ich psuć. Są drogi dobrze obite, a nie wszystkie muszą takie być. Jeżeli ludzie mówią, że taternictwo ma być sportem masowym, to jestem temu całkowicie przeciwny, dlatego, że ono nigdy nie będzie sportem masowym.
 
Jeśli powstaną jakieś przesadnie ubezpieczone drogi, to tylko więcej ludzi będzie się na nich utrącało. Będą na nie szli źle przygotowani zawodnicy i będzie tylko więcej wypadków i kłopotów z Parkiem.
 
A ograniczniki — to w ogóle siara jest…

M: Serdeczne dzięki za rozmowę!

Wywiad został przeprowadzony 18 stycznia 2004 roku.
Dziękujemy Magdzie Knop za pomoc w korekcie tekstu.


 

Opinie

+ DODAJ swoją opinię

Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych opinii. Twoja może być pierwsza…
 
 
Na początek strony Strona główna >> [ Wprowadzenie | Praktyczne informacje | Archiwum | Przewodniki | Galeria ]  
 

© murki.pl 2000–2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.

poczta@murki.pl