|
apierające kmieciom panelowym dech w piersiach plakaty z wizerunkiem ścianiszcza
krążyły od pewnego czasu po wszystkich zakurzonych magnezją zaściankach. Chłopi
zdumiewali się i dopytywali: to jest to rzeźba, li nie jest? Niejeden wprawdzie
zarzekał się, że widział rzeźby nie ma, ale nie każdy wszak słowu
zasłyszanemu uwierzył.
Tak czy owak, do Sącza chłodnego i wietrznego od piątku przez noc całą
zajeżdżali rycerze strefowych sandałków, wypełniając szczelnie oba pensyonaty w pobliżu
strzelistej areny. Tym, którzy dotarli najpóźniej wyspać się nie było dane, bo
przedbiegi wstępne na godzinę dziesiątą naznaczono.
Lokalni bogowie przyjechali z prawie wszystkich krain Polski, takoż stawiła
się garstka chwatów zza wschodniej i północnej granicy. Najbliżej mieli wielce
mocarni rycerze broniący honoru grodu Tarnowa, gromadnie stanęli w szranki
rębajłowie spod znaku zionącego ogniem smoka, kilku dzielnych giermków przybyło
z Ostrowa Tumskiego, takoż przygarść z nad dalekiego, zimnego morza, gromadka
z posępnych czarnych sztolni i najdzielniejsi z dzielnych z innych prowincji: z grodu stołecznego,
z onego miasta u stóp gór rozciągniętego tudzież pewnego grodu przez Krzyżaków założonego.
Szeroki i głęboki akwen dał Wielkim Mistrzom Jacentemu z Jurkowa i jego
giermkowi Nindżanem zwanemu wszelką swobodę do pokazania swego kunsztu.
Rycerze mogli wiosłować przez stopniowo coraz głębszą i spiętrzającą się
straszliwą kipielą wodę, zaś Panny dryfowały zrazu z pozoru niewinnym,
płytkim i kamienistym strumyczkiem by potem przez małą kaskadę wydostać się do
spienionego głównego nurtu, ku końcowi obrywającemu się niebezpiecznym wodospadem.
Po wyciągnięciu losów, jeden za drugim szli rycerze ku swym rzekom jedni ku
szczęśliwemu drugiemu brzegowi, tym samym na dalsze próby lekkomyślnie się
wystawiając, drudzy na hańbę i zatracenie. Ku swym rzekom, Jacenty bowiem
w swej zmyślności, dla szybszego plew od ziaren otrząśnięcia dwie podobne rzeki sprawił.
Już owe pierwsze przedbiegi słabość wielu grodów pokazały. Poległ Mistrz
Wszechrepublik Podleśnych, z siedmiu koronowanych rycerzy od smoka padło bez
ducha siedmiu, takoż połowa zuchów od Krzyżaków i niemal wszyscy z nad morza.
Z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że z grodu przy ujściu Królowej Rzek
najcięższy przedśmiertny bój stoczył dzielny rycerz Artur, ginąc z podniesioną
przyłbicą w olbrzymiej kipieli, takoż poległa panna Eliza, której słaba
łupinka nieomal roztrzaskała się o płytkie dno strumyczka na początku przeprawy,
a potem mimo dziarskiego wiosłowania zaczęła nabierać wody, by szybko zatonąć
w piekielnych odmętach. Tylko Petrus Szucownik, rębajło niskiej postury ale
wielkiego ducha jeszcze dziarsko chorągiew z mewami trzymał.
Popis kunsztu wioślarskiego dały Olga z Alagina, Oleńka Ta Istna i Iwona Groźna-Marsowa, ale
i królewna Kinga i niezmordowana Agnieszka z Ostrowa wielką swobodę i hart
pokazały. Rychło przyszedł też czas na dalsze walki rycerzy, którym tym razem
wiosłowanie po jednej już rzece naznaczono. Wkrótce zatonęły sztandary
koronowanych rycerzy (Grzegorz z Greslandii, białą wstęgą u nogi przepasany,
najdłużej nurtowi się opierał), Krzyżaków i dzielnego Petrusa, który kamień na rzece ze
złej strony ominąć sobie umyślił. Padł skromny mocarz z grodu stołecznego,
a nawet niektórzy chwaci zza granicy. Takoż zginęli rycerz o imieniu Paweł, brat
Adama z Gór i Tomasz z Ostrowa, chorągiew grodu pannie Agnieszce przekazując.
Wielu wszelakoż rycerzy suchą stopą na drugi brzeg dotarło, co Jacentego
z Jurkowa, który to obawiał się, że rzekę za mało
wartką wybrał, o mało o stratę umysłu nie przyprawiło.
Tego dnia raz jeszcze niezmordowani rycerze i panny w szranki stanęli, tym razem
z gładką taflą jeziora się zmagając. Tu spotkali się najszybsi z najszybszych:
lśniącej toni nie muskał najlżejszy powiew wiatru, a kto najszybciej dzwonka na
końcu dopadł, konkurenta życia pozbawiał. Edytta von Roppken z Galicji śmigała
po tafli jak wiatr, ale szybsza była Olga z Akharowa, zwana Wielką, ponad wszelką wątpliwość
w wygraną w turnieju mierząca. Przesławny polski rycerz Tomasz Najlepszy szybszy
był od wiatru nawet, chwilami arbitrom i widzom z oczu umykając. Tylko panna
Edyta i rycerz Tomasz z polskich grodów do ścigania dalszego wyznaczeni zostali,
reszta trupem padła pod mieczami wschodnich bohaterów.
Tak ponownie oddzielono ziarna od plew, do zmagań w dzień kolejny najlepszych
naznaczając.
|
 |
Dzień następny wstał w Sączu dżdżysty i posępny, a na szczyty okolicznych
wzgórków śnieg przybielił. W cztery godziny po południu ciekawska gawiedź arenę
szczelnie zapełniła, wkrótce wygaszono świece i rycerzy jednego po drugim na wybieg wypuszczono,
długo prezentacyję celebrując.
Pierwsze zapasy w śmiganiu po jeziorze wyznaczono. Tomasz Najlepszy i Edyta von Roppken
nie zawiedli miejscowych kmieciów, i gładko wrogów pobiwszy do finałów trafili. Tu
Tomasz spotkał się z Iwanem Szyszkownikiem. Wieśniacy i szlachta na chwilę zamarli, kiedy
dzielny Tomasz w rozpędzie nogi z wody wyrzucił, rychło wszakże stratę odrobił
i z przewagą jeszcze wygrać zdążył. Takoż i panna Edyta siłę i sprężystość niebywałą
pokazała, ku radości ludu swobodnie w finale wygrywając.
Wkrótce w szranki ponownie stanęli wioślarze, a wśród nich także świeżo koronowani
pływacy Tomasz i Edyta. Na panny czekał nieprzerwany spieniony nurt z dwoma zdradliwymi
miejscami, a dla rycerzy Jacenty nauczony wczorajszym doświadczeniem przygotował straszliwą kipiel zakończoną
olbrzymią kaskadą. Zebrana gawiedź bawiła się wyśmienicie, obserwując postępy
kolejnych panien i rycerzy, z których prawie każdy spadał w innym miejscu. Już
na wstępie potopili się Łukasz z Innej-Bajki i młody giermek Marcin z Wszołkowa,
trochę dalej dopłynął Adam brat Pawła z Gór, Jewgienij z Krzywego Szejca, Michał
z Alagin i Jurij d'Ulub. Prawdziwe niebezpieczeństwo czyhało jednak dopiero za zakrętem rzeki,
i tam dotarli Michał Ko-Szet-Kow, Maks Petrarka i Tomasz Najlepszy. Najdłużej
(a może tylko tak z mego miejsca wyglądało) z nurtem walczył rycerz Michał, ale to Tomaszowi udało
się dopłynąć najdalej. Maks z kolei płynął zdecydowanie najbardziej dynamicznie wiosłując,
robiąc jeden minimalny ruch wiosłem więcej od Michała.
Ale to Tomasz, to Tomasz Najlepszy jest najlepszy, najlepszy, najlepszy. Czy można więcej, lepiej, szybciej?
Na sąsiedniej rzece w międzyczasie walczyły panny. Najpierw, podobnie jak
wśród rycerzy, szybko zatonęły dwie z nich Olga Wielka i Świetlna Cwieta d'Ulub.
Cwieta z Hylina dopłynęła nieco dalej, podobnie Koronowana-Przed-Chwilą Edyta.
Bardzo daleko dopłynęły królewna Kinga O'Świetna i Olga z Alagina, nieco bliżej
Agnieszka z Ostrowa. Kiedy jako przedostatnia wypłynęła Iwona Groźna-Marsowa,
szmery wśród gawiedzi zamilkły. Gładko wiosłując pokonała panna Iwona pierwszą
zasadzkę, po czym w środku łatwiejszego nurtu ustawiła łódź bokiem, wykonując
manewr zabroniony we wszystkich podręcznikach. Ku wielkiemu zdumieniu ale i radości
panów szlachty, po ciężkiej przeprawie Wielkiej Iwonie udało się ustawić łódź
z powrotem dziobem do fali, ale straciła na to tyle siły, że niewiele dalej
pogrążyła się w odmętach. Kmieciowie zamarli więc i nikt nie oddychał, kiedy w nurt
rzuciła się Oleńka Ta Istna. Mała Ola dopłynęła do pierwszej zasadzki,
rozpoznała ją i zaczęła zbierać siły. Tych jednakże w miarę upływu czasu nie
przybywało, a kiedy panna Ola zorientowała się, że trzeba szybko próbować
przeprawy, było już za późno. Ola ku zdezorientowaniu gawiedzi poszła na
dno.
Kto wygrał? Olga z Alagina, a tuż za nią młoda królewna Kinga O'Świetna. Jako
że Olga przybyła zza granicy, to Kinga będzie nosić przechodni świetlisty diadem
przez najbliższy rok. Czy zechce go potem komuś przekazać?
Postscriptum
Pierwszą kopię, Teofilu posłałem do Ciebie już we wtorek, ale mój pyszny gołąb królewski
rychło do mnie wrócił ze skrzydłem strzałą pogańską strzaskanym. Ta kopia jest drugą, którą Ci wysyłam, trzecią
kładę wprzódy zalakowawszy do butelki w Rzek Królowej i tuszę, że za dwa tygodnie słudzy Twoi
znajdą ją na plaży. W liście nie wspomniałem jeszcze o złotoustym Rafale z Nowaczyna, któren to
kmieć szlachetny biegle konferansyerkę przeprowadził, raz tylko niechcący chyba ale
niebezpiecznie mimo to pojedynek z Michałem Ko-Szet-Kowem zaryzykowawszy, od wioślarzy
początkujących go wyzywając. Dużo by pisać o wspaniałościach, jakie nam tam wszystkim sprawiono,
nie wątpię, że wieść o uczcie dla ducha i ciała tak znakomitej kraj nasz rychło obiegnie,
a i długo jeszcze echem zwielokrotnionym odbijać się będzie
Twój Jan Chryzostom
|